Obrzędy, wierzenia i zwyczaje na Warmii i Mazurach


W tradycji mazurskiej zachowało się wiele elementów kultury pruskiej, które na przestrzeni wieków zmieszały się z obrzędami ludności napływowej oraz z tradycją chrześcijańską. Najwięcej obrzędów odbywało się w okresie zimowym. Istniały też wierzenia astronomiczne i meteorologiczne, ale dziedziną która przysparzała najwięcej emocji były czary, uroki i ich „zamawianie”. Należy tu też przybliżyć pojęcie „Mazurzy”. Bo Mazur jaki jest każdy widzi! Otóż Mazurów w rozumieniu współczesnym spostrzeżono na początku XIX wieku, odnosząc ten termin do konkretnego obszaru, jak i ludności mówiącej po polsku. Georg Paul Rauschnick- Rosjanin niemieckiego pochodzenia o pseudonimie Rosenwall oraz pastor z Rozóg, Johann Bolck po raz pierwszy wprowadzili to określenie na łamy niemieckiego piśmiennictwa w 1817 roku.

Wg Rosenwall’a: „… Mazurzy, plemię staropruskie, są oszczędni, poważni, umiarkowani, wytrwali i pracowici, ale także uparci, nieufni i samowolni. Mają niewiele i to niezbyt silnych namiętności, niełatwo jest ich rozdrażnić. Pracowitość chroni ich on niedostatku, lecz nie staje się dla nich nigdy źródłem bogactwa, gdyż z lichej ziemi przy całym wysiłku, zdobywają tylko żałosny dochód. Trzymają się starych obyczajów i starych przyzwyczajeń i wszelka próba pozyskania ich do jakiejś nowości jest bezskuteczna! Podlegają już od wieków rządom niemieckim, ale wciąż jeszcze nie mówią po niemiecki a ich mowa jest tak żałosną mieszaniną, że nie rozumieją ich nawet najbliżsi sąsiedzi…” Natomiast Johann Bolck stwierdza, że „obok języka niemieckiego, którym posługują się ludzie wykształceni, u wieśniaków jest w użyciu język polski… Używane tutaj przestarzałe zwroty, prowincjonalizmy i sposób wymowy rdzennie polskich słów obrażają prawdziwie polski ucho (…) stanowi jednak zupełnie dobry środek porozumienia między ludźmi”. W taki sposób światli ludzie oceniali Mazurów i ich mowę. Jako żywo nasuwa się tu dwuwiersz ze starej pieśni mazurskiej pt. „Marcin niedaleko…” „…w inspektory orać a w pany bronować, nauczyliby sie jek ludzi sanować!”

Tymczasem każdy Mazur umiał czytać i pisać a to za sprawą królewskiego edyktu z 1728 roku Fryderyka Wilhelma I, który ustanowił powszechne nauczanie w szkołach, które miały się znajdować w odległości do około ½ mili, czyli około 3,5km. Jakie było to nauczanie, to inna sprawa ale elementarną wiedzę wynosił każdy uczeń podczas zimowego okresu gdyż wiosną lub latem dzieci miały zajęcie, wypasając gęsi lub krowy. Dla Mazurów najważniejszymi świętami był okres Bożego Narodzenia, Wielkiej nocy i Zielonych Świątek. Z tymi świętami wiązały się najważniejsze doznania duchowe prostego ludu. Pobożni z natury Mazurzy nie lekceważyli sobie ważnych katolickich świąt, jak Boże Ciało, Św. Jan, Wniebowzięcie Marii Panny i Zaduszki, ale generalnie współ obchodzono je, by nie urazić sąsiadów „zza płota” a poza tym uczyniono to asekuracyjnie na „wszelki wypadek”, bo skoro „oni” świętują od wieków ,to może nie wypada narażać się Najwyższemu. Z głębszą wiarą nie miało to związku. Niemniej jednak w owe dni nie podejmowano żadnych prac by uszanować społeczność katolicką, chociaż bywały od tego nieliczne odstępstwa.

 

Adwent

Okres Bożego Narodzenia zwanego Godami rozpoczynał się Adwentem, który obchodzono w sposób szczególny, akcentowany swoistym ceremoniałem. Wspomniany Adwent, to okres czterech niedziel przed Godami. W pierwszą niedzielę ustawiano na stole, bądź zawieszano pod sufitem wieniec adwentowy na którym mocowano cztery lichtarzyki- świeczniki, w których mocowano różnokolorowe świeczniki. Podczas I Niedzieli Adwentowej zapalono jedną świeczką, w II Niedzielę drugą, aż w IV- tą Niedzielę zapalano wszystkie cztery. Wieniec zdobiono też wstążkami kolorowymi:

w I niedzielę Adwentu mocowano czerwoną wstążką-

w II - żółtą

w III - srebrzystą

w IV - złocistą

Kulminacją obchodów adwentowych była „Jutrznia na Gody”- rodzaj widowiska religijnego z udziałem dzieci szkolnych podczas nabożeństwa odprawianego w noc Wigilii Bożego Narodzenia. Różni badacze sytuują „Jutrznię” w różnych porach nocy wigilijnej. Jedni lokują ją wieczorem inni o północy a jeszcze niektórzy nad ranem. Prawdopodobnie wszyscy mają rację, lecz z autopsji z terenów nidzickiego i powiatu piskiego pamiętam Jutrznie odprawiane w późniejszych godzinach wieczorowych, w każdym bądź razie po wieczerzy wigilijnej. Wszystko zależało od lokalnej tradycji, kultywowanej przez wiernych w poszczególnych zborach. Ponieważ jutrznie odprawiane były w języku polskim, zaczęto je tępić w latach trzydziestych XX wieku, po dojściu Hitlera do władzy. Scenariusze Jutrzni bywały różne, zależnie od weny lokalnych organizatorów. Najbardziej znana jest „Jutrznia mazurska na Gody” autorstwa Karola Małłka z terenu działdowskiego.

W trakcie adwentu grupy mieszkańców chodziły po wioskach w przebraniu odwiedzając po kolei wszystkie domy.

Boże Narodzenie

Po zakończeniu adwentu odbywały się Godne Święta. Początkowo na Mazurach nie obchodzono wigilii, ale tego dnia odbywał się Slug ze Szemlem. Zwyczaj polegał na tym, że grupa mężczyzn lub chłopców ubierała się na biało i nosiła ze sobą drewnianego konia, rozdając podczas tej wędrówki słodycze i prezenty dla dzieci. Pierwsze choinki na Mazurach pojawiły się dopiero około 1910 roku. Wcześniej zamiast drzewka ustawiano zgodnie ze starosłowiańską tradycją snop zboża albo wieszano u powały sosnową gałąź. W okresie między Bożym Narodzeniem a świętem Trzech Króli odbywały się świeczki, nazywane też dwunastkami albo świętymi wieczorami – na podstawie tego, jak paliły się świece, określano pogodę na najbliższe dwanaście miesięcy.

W sferze przygotowań do Świąt, jeszcze w czasie przedadwentowym, bo już w połowie listopada, kobiety zaczynały zaczyniać ciasto na pierniki. Ponieważ cukier był drogi, stosowano często miód od własnych pszczół. Ciasto musiało dojrzewać w dzieży, gdzie pozostawało okryte papierem pergaminowym, przez okres do 4 tygodni. Gdy dojrzało, trafiało do forem, z części ciasta lepiono różne figurki i pieczono je w piecu wykorzystując nagrzany piec. Następnie ciasto piernikowe krojono n mniejsze kawałki i przechowywano w blaszanych puszkach po marmoladzie lub cukierkach, po to by ich myszy i łasuchy nie zjadły. Następną ważną czynnością było szlachtowanie wieprzka, z którego wyrabiano kaszanki, pasztetówki i salcesony. Zapeklowane szynki, boczki i słoninę wędziło się a gotowe wyroby wieszało w komorze. „Zarzynano” też gęsi, indyki i kaczki aby bron Boże jadła nie zabrakło. Gdy wszystko było już gotowe na Wigilię a chałupa sprzątnięta, głowa rodziny, często z dziećmi udawała się do lasu po choinkę. W drodze powrotnej należało uważać, by nie zoczył ich strażnik leśny, gdyż mogłoby to przysporzyć kłopotu! Następnie osadzano choinkę i stawiano w tzw. dużej izbie, po czym przystępowano do „ubierania”, czyli strojenia choinki. Można to było czynić wyłącznie na Wigilię. Obserwując nowe obyczaje, kiedy choinki widać w wielu domach już na początku lub w połowie grudnia, można śmiało powiedzieć o deprecjacji świątecznego ceremoniału, zatracając tak ważną atmosferę tajemniczości i magii oczekiwania. Przed wieczerzą przychodził Święty Mikołaj dzierżąc w jednej ręce worek, w drugiej zaś drapakę lub rózgę, rozdawał prezenty lub kary zgodnie z hierarchią zasług... Po opadnięciu emocji zasiadano do stołu. Obyczaj opłatkowy nie był Mazurom znany! Rozpoczynano wieczerzę wigilijną, podczas której „jedzono wszystko, czym komora bogata”. Nie było postnych ograniczeń!

Gdy pozwalały na to okoliczności, gospodarz udawał się o północy do obory, aby ze swoim inwentarzem podzielić się jadłem. Nie mógł tam jednak pozostawać zbyt długo, gdyż o północy w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem a ten kto ów głos usłyszał, wkrótce umrze…!

Świętowano przez dwa, trzy dni, w zależności od upojonej tradycji rodzinnej…

 

Pierwsza gwiazdka

W Polsce wieczerze wigilijna rozpoczynało się gdy na niebie ukazała się pierwsza gwiazda. Czyniono tak zapewne na pamiątkę gwiazdy betlejemskiej.

Śpiewanie kolęd

Nieodłączną częścią wigilijnej kolacji jest śpiewanie kolęd. Nigdy nie może zabraknąć tego ważnego wydarzenia.

Wolne miejsce przy stole

Znany i powszechny jest obecnie w Polsce zwyczaj pozostawiania wolnego miejsca przy stole wigilijnym. Miejsce to przeznaczone bywa przede wszystkim dla przygodnego gościa.

Parzysta ilość osób

Najważniejszym momentem wieczerzy wigilijnej w Polsce jest zwyczaj łamania się opłatkiem. Czynność ta następuje po przeczytaniu Ewangelii o Narodzeniu Pańskim.

24 grudnia - czas rozdawania prezentów.

Kiedyś na Warmii prezentów nie rozdawał święty Mikołaj tudzież po poznańsku Gwiazdor tylko robił to Szemel. Był on warmińskim lajkonikiem. Chodzono z nim w czasie świąt.

Tradycje i obrzędy świąteczne - Boże Narodzenie

Wigilia - wieczór wigilijny w tradycji polskiej jest najbardziej uroczystym i najbardziej wzruszającym wieczorem roku. wigilia Bożego Narodzenia.

Nowy Rok

Następnym etapem był Sylwester i Nowy Rok. W noc sylwestrową oprócz zróżnicowanych zabaw tanecznych istniało też Inne tło. Otóż była to noc „wędrujących bram”, zatykanych kominów, zdarzało się, że na dachach domów umieszczano bryczki, sanie i inne powozy, które następnego dnia zdejmowano za odpowiednim „wykupem”.

W okresie pomiędzy Godami a Świętem Trzech Króli należało bacznie obserwować pogodę, która miała mieć odniesienie do każdego miesiąca roku. Podobnie sny miały się również sprawdzać.

Należało też przestrzegać szeregu rygorów:

Nie wolno było w tym okresie wykonywać żadnych prac gospodarczych, gdyż mogłoby to skutkować nieszczęściami w polu i w inwentarzu. Nie wolno było gotować grochu, gdyż groziło to wrzodami, smażenie skwarek mogło powodować liszaje. Broń Boże nie wolno było gotować kaszy, gdyś groziło to wszawicą. A wiadomo, gdzie wszy tam i bieda! Szycie miało sprawiać, że kurom się kupry pozaszywa. Obieranie kartofli zagrażało bydłu utratą sierści. Jeżeli między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem śnieg pada dużymi płatami, będą umierać starzy ludzie, jeżeli małymi płatkami, dotyczyć to ma ludzi młodych. Idąc w Sylwestra do kościoła należało patrzeć na cień. Osoba, której cień nie ma głowy musi niebawem umrzeć. Zaleceń i przestróg takich było wiele.

Z biegiem roku należało przestrzegać niezliczonej ilości podobnego rodzaju zaleceń i nakazów na każdą porę roku i cykl gospodarski.

W Nowy Rok po wioskach wędrowały grupy mężczyzn przebranych za zwierzęta, co przypominało nieco tradycję kolędników. Obrzęd ten nazywano Rogalami.

W Sylwestra przygotowywano obrzędowe pieczywo, które miało kształt zwierząt gospodarskich. Pieczywo nazywane nowolatkami miało zapewnić zdrowie zwierząt i udaną hodowlę. Pomyślność drzew owocowych miało zapewnić obkładanie roślin słomą i oblepianie ich ciastem nowolatkowym.

Potem następowały zapusty, w trakcie których dziewczęta wróżyły sobie, kiedy wyjdą za mąż. Na koniec zapustów odbywał się na Mazurach popielnik, a na Warmiach sucha środa.

Święcenie wody oraz ognia

Na terenie Warmii oraz Mazur nie było święcenia potraw w Wielką Sobotę. Do kościoła chodziło się aby święcić ogień oraz wodę.

 Wielkanoc

Kolejnym ważnym okresem obrzędowym była Wielkanoc. Pierwszego dnia świąt obmywano się wodą, co miało zapewnić zdrowie i urodę, i smagano młode dziewczyny witkami. Śmigus dyngus dotarł na Mazury dopiero po drugiej wojnie światowej, kiedy to zwyczaj ten przynieśli ze sobą nowi osadnicy z innych części kraju. Tak więc na Wielkanoc należało iść o świcie do źródła, by przynieść wody źródlanej. Niosąc ją nie wolno się było oglądać ani do nikogo się odzywać. Obmywając się tą wodą miało się zapewnione zdrowie całej rodziny. Idąc do źródła nago dawało to gwarancję większej mocy uzdrowieńczej. Zwyczaj Śmigusa nie był tu znany, został na Mazurach upowszechniony przez polskich osadników po II wojnie światowej: Natomiast chętnie smagano dziewczęta rózgami lub pędami jałowca. Podczas Wielkanocy należało karmić kury grochem, zaś dla lepszej nieśności, gospodyni winna usiąść gołą dupą na czapce gospodarza.

 

Chodzenie po kołaczach

Młodzi chłopcy w Wielką Sobotę chodzi "po kołaczach" czyli chodzi od chaty do chaty i śpiewali "Któryś za nas cierpiał rany...". Gospodynie częstowały gości ciastem i innymi smakołykami.

Noc Świętojańska

Bardzo hucznie obchodzono także noc świętojańską. Dziewczęta w tym okresie plotły wianki i wieszały je na drzewach. Na Św. Jana także palono ogniska, wokół których odbywały się całonocne zabawy. Odważniejsi udawali się na poszukiwanie kwiatu paproci, mającego zapewnić bogactwo. W noc świętojańską niezwykłą aktywność przejawiają czarownice, których miejscem zlotów była Czarcia Wyspa na jeziorze Śniardwy. Istniało też przekonanie, by nie kąpać się przed Św. Janem, gdyż jeszcze wódka nie „okściała”- czyli nie okwitła. Z dzisiejszej perspektywy trudno dociec na czym to miało polegać. Zakaz ten był na ogół respektowany.

 

Na Zielone Świątki należało umaić mieszkania, odejście i budynki gospodarskie. Maiło się też konie w zaprzęgu zdążającym do kościoła. Paliło się też ognie obrzędowe.

Dożynki

Pod koniec lata obchodzono dożynki. Dożynki czyli Święto Dziękczynienia Plonów. Wstępnie obchodzono je na polu i w obejściu danego gospodarstwa rolnego (wtedy polewano wodą nie mniej obficie niż na Śmigusie) co miało zapewnić urodzaj na przyszły rok. Podobnie jak dziś sporządzano wieniec, przechowywany do następnego roku, by ziarna z niego użyć do przyszłorocznych zasiewów. Były też obchody wiejskie lub parafialne.

Święto Zmarłych

W ostatnią noc listopada odbywało się Święto Zmarłych. Warto też wspomnieć o Zaduszkach, których przebieg u Mazurów był nieco inny niż np. na katolickiej Warmii. Dniem Zadusznym była ostatnia niedziela listopada. Istnieje na naszym terenie przekonanie, że w noc poprzedzającą to święto, po świecie chodzą dusze zmarłych i odwiedzają chałupy swoich rodzin. W pow. Nidzickim, szczycieńskim i piskim uprzątano izbę, na stole stawiano jadło, ławę posypywano piaskiem i następnego ranka można było oglądać ślady ich bytności. W kościele parafialnym w Piszu w XIX w. istniał zapis zabraniający noszenia jedzenia na groby.

Sękacz mazurski

Tradycja wypieku sękacza sięga prastarych czasów. Istnieje dużo legend opowieści i historii związanych z tym specyficznym ciastem.

Tradycja kulinarna

Dawniej na Warmii i Mazurach jadano proste i niewyszukane potrawy. Posługiwano się łyżką a talerzy i sztućców używano tylko podczas uroczystości.

Brukowiec mazurski

Piernik należy do najstarszych ciast. Wywodzi się z tzw. miodowników wielkich – wielkich bochnów chleba robionych na miodzie. Pochodzi z XII-wiecznej Bazylei.

Niedźwiedziówka mazurska nalewka

Tradycja sporządzania alkoholowego napoju którego głównym składnikiem był miód i spirytus sięga na ziemiach zwanymi dziś Warmią i Mazurami kilku stuleci.

Tańce ludowe

Baba - Najbardziej znanym tańcem zarówno na Mazurach jak na Warmii była baba. Tańczono ją na wszystkich zabawach i niedzielnych „muzykach”.

Wierzenia i demonologia na Mazurach opierają się na reliktach dawnej wiary w demony. Wiele cech demonów wskazuje w niedużym stopniu na pogańskie pochodzenie. Należy wiedzieć, że religia chrześcijańska oddziałała na utożsamianie demonów z wierzeń ludowych z diabłem. Pod jej naciskiem od XVI w. wszelkie topniki, kłobuki, duchy leśne mary, zmory itp., zostały generalnie zaszeregowane jako złe duchy. Natomiast od czasów Oświecenia wiara w diabły, siły piekielne i czarownice szerzona była tak w kazaniach głoszonych z ambony jak i w różnych publikacjach docierających do ludności wiejskiej. Tendencja ta przyszła z Zachodu, szczególnie z Niemiec, obejmując w szybkim czasie szerokie kręgi ludności wiejskiej. Tendencja ta przyszła z Zachodu, szczególnie z Niemiec, obejmując w szybkim czasie szerokie kręgi ludności wiejskiej wymieszanej z osadnictwem polskim.

U Mazurów przesądy wiążą się bezpośrednio z chrześcijaństwem i nabożnością. Aby złe siły nie miały przystępu, należało uciekać się do modlitwy kościelnej, gdyż ma ona większą moc od odmawianej poza obrębem kościoła! Mazurzy często bywali klientami sądów, gdzie trzeba było składać przysięgę na prawdomówność. W razie krzywoprzysięstwa stojąca w pobliżu nabita broń wypala i uśmierca winnego. Stąd powstał sposób zaklinania się: „Mogę przysiąc przy stu strzelbach”. Jeżeli krzywoprzysięstwo popełniono przed ołtarzem w oświetlonym kościele, zguba krzywoprzysięzcy jest pewna. Toteż niektórzy zaklinali, że: „… mogę przysiąc w całkiem oświetlonym kościele”. Jeżeli jednak przysięgający odwraca palce od siebie, może bezkarnie fałszywie przysięgać. Można też było użyć złotej monety włożonej do ust, krzywoprzysięstwo przywiera bowiem na monety. W pow. Piskim wierzono, że opłatek komunijny zabrany do domu był dobrym środkiem przeciwko drgawkom. Myśliwy, który strzeli do opłatka nigdy nie chybiał a zwierzyna pchała mu się pod lufę. Nie wolno jednak nikomu tej strzelby użyczać. Wiadomo było powszechni, że wosk ściekający ze świec kościelnych jest bardzo skuteczny przeciwko padaczce, zaś świeca woskowa ofiarowana do kościoła przyczyniała się do leczenia chorób oczu. Panaceum jest poświęcone wino mszalne. Mazurzy często o nie prosili pastorów. Gdy ci odmawiali szli do proboszczów katolickich i ci dawali je bez wahania. Niekiedy noszą wino do poświęcenia w katolickich miejscach odpustowych. Ponoć działa silniej nić to z kościoła ewangelickiego.


Kłobuk

Do sił demonicznych należy kłobuk, zwany też z niemiecka Puke. Jest to demon uważany np. przez Niemców za rodzaj smoka kradnącego zboże i różne mienie od nieprzychylnych mu ludzi i zanoszący je do innych gospodarzy. Chcąc jednak korzystać z jego posług muszą mu przygotować osobne, czyste i schludne pomieszczenie. Dostęp do niego ma tylko gospodarz, który musi go codziennie poić i karmić cząstką swojego jadła i to zanim inni go skosztują. Jeżeli jednak kłobuk jest zaniedbywany a domownicy drwią sobie z niego, wpada w srogi gniew, podpala gospodarzowi zabudowania i puszcza z dymem. Kłobuka łatwo było zidentyfikować. Pojawiał się najczęściej pod postacią czarnej zmokłej kury, gęsi, kaczki, sroki, wrony, kota a nawet człowieka jak to miało miejsce w Pieckach. Kłobuk unosił się w powietrzu sypiąc obficie iskrami na kształt płonącej drapaki. Im cięższy niesie łup, tym obfitszy pióropusz ognia. Do domu wpada na strych przez komin, gdzie składa bogactwa. Aby wyhodować kłobuka należało płód lub martwe dziecko zakopać pod progiem. Ma ono po siedmiu miesiącach żądać chrztu. Wystarczy wtedy rzec: będziesz kłobukiem i już duch dziecka służył gospodarzowi. W powiatach piskim i ełckim nazywano go „złym”. Wg opinii specjalistów kłobuki powymierały z powodu zagrożenia ze strony nadmiernego rozwoju ruchu lotniczego.

Topniki

Istniały też topniki lub topichy, wciągające ludzi do wody i topiące ich. Są to duchy topielców- samobójców.

Zmory

Jednymi z najważniejszych demonów mazurskich były zmory, zwane też marami, stwory bardzo złośliwie nastawione do ludzi. Przychodzą one w nocy, by dręczyć śpiących. Obejmują śpiącego i duszą, że człowiek ledwie oddycha, przy tym całują go i liżą. Ponieważ zmora nawiedza cyklicznie, można przewidzieć jej przyjście. By się ochronić, należy więc położyć się na brzuchu i gdy zmora stwierdzi, że całowana partia nie jest twarzą, odchodzi w gniewie. By ofiara nie krzyczała, zmora wkładała jej język do ust. Istnieje przypuszczenie, że mara jest to dusza żyjącego człowieka, która bez jego wiedzy wychodzi z niego podczas snu i idzie dusić ludzi śpiących. Przeważnie jest to kobieta. Obiektami dręczenia są nie tylko ludzie, są nimi też konie i bydło. Koniom zaplatają warkocze na grzywach oraz jeżdżą na nich nocą a samo zwierzę wskutek permanentnego nawiedzania chudnie i wreszcie zdycha. Istnieją jednak sposoby na zidentyfikowanie zmory: pierwszy, to powiedzenie jej podczas duszenia: „zmoro przyńdź jutro z Tisko na Frysztyk”. Rano zgłasza się z łyżką np. sąsiadka lub mieszkanka innej części wsi, których byśmy nigdy nie podejrzewali o taki proceder. Podobnie jest ze zmorami dręczącymi zwierzęta. Nawiedzonemu koniowi należy obciąć kawałek zaplecionej grzywy i tłucze się kamieniem na drugim kamieniu. Czyni się to nocą. Po takim zabiegu zaprasza się zmorę na śniadanie. Identyfikacja jest bardzo prosta, gdyż ma poobijane palce, zaś sposobów jest wiele.

Przesądy

Wśród mazurskich ludów istniał nie pisany zakaz wykonywania pewnych prac gospodarskich w niektóre dni w roku np. w czwartek po kolacji. Wierzono, że kto nie przestrzega tego zakazu temu zwierzętom tzw. zmory zaplotą grzywy ogony i grzywy. Szycie w takie dni miało powodować ślepotę u zwierząt. Różne przestrogi wyciągano z zachowania zwierząt: piejąca kura była zwiastunem nieszczęścia.

W ostatnią niedzielę przed świętami robiono, święcone w kościele palmy z bazi, zazielenionych gałązek brzozy, jałowca i barwinku lub borówek (jedynie na Warmii, gdyż na Mazurach takiego zwyczaju nie było). Łykano kotki z poświęconej palmy, co miało zapobiegać bólowi gardła. W Niedzielę Wielkanocną wstając o świcie i obserwując wschodzące słońce, według ówczesnych przekonań, można było zobaczyć na nim baranka. Nieco później w milczeniu i nie oglądając się za siebie chodzono do płynącej na wschód wody aby w niej obmyć twarz i ręce. Miało to zapewnić zdrowie i urodę. Po tej ceremonii można było zasiąść do stołu. Śniadanie Wielkanocne

Bajka mazurska

Bardzo ważnym elementem kultury ludowej było wspólne spędzanie czasu, śpiewanie, opowiadanie o dawnych dziejach, często również przekazywanie baśni i legend. Poniżej zaprezentowana zostanie bajka opowiadana w Kałęczynie.

 

Jak diobeł swoje dzieci chwalił

Jo. Tak diobeł roz swoje dzieci chwolił.

 Mózi: mom dziotków wziele, duzo mom swojich dziotków, ale żodnygo takiygo dobrygo dziecka niy mom, jek córka moja gorzołka. Ta i powadzi, i do bitwy doprowadzi, i do krodzieży pobudzi, i wsystkich śmiałości choc do uutopsiynio to uóna przyprowadzi. A tu czas i wsyscy do wspiekła lecó.

To niy ma dzieciuka kochanygo, jek córka moja gorzołka.

Mom i syna dobrygo. Tyz. Tyn do bzitwy to az dr-zy. A tak pobudzo do ty bzitwy. No, ale to się pokalecuł i wnetki się zabziuł. To juz nie taki, juz nie taki miły.

O, mom jesce jenu córeckie. To ta zwodzi za tancami. A tech chłopców to tak zwodzi: to pódź ze mnó, to tu, to uow. A potym przeklinaju sie i wsio. Ty tyz. Ale niy ma jek córka gorzołka.

Ale mom syna jenygo tyz. To tak chodzi, a powobzio coby sie: tedy ci licho, to weź sie pożyw. A kiej ci licho, to idź i kradnij. Tyz dobry dzieciuk i szmat zwodzi.

Ale niy ma takiygo dziecka, jek córka moja gorzołka.

 Kóniec.

 (za: Drabecka, Krzyżaniak, Lisakowski, 1978: 537-538)